Pisanie na… zawołanie?

Pisanie na… zawołanie?

Ludzki umysł to wielce kapryśna maszyneria. Wiedzą o tym zwłaszcza ci, których życie zawodowe powiązane jest z twórczością (w tym przypadku z pisaniem). Ten z copywriterów, który nie zaznał blokady kreatywności, niech pierwszy rzuci we mnie stalówką/klawiaturą! 😉 Co zatem zrobić, gdy wena tymczasowo ulegnie hibernacji, a teksty same się nie napiszą?

W niewoli emocji

Jest paru naczelnych sprawców, którzy przyczyniają się do blokady twórczej. U mnie na pierwszym miejscu zwykle plasuje się spadek nastroju. Zuchwałe byłoby oczekiwanie, że sinusoida życia zamieni się w ciągłą pomyślności. Trzeba liczyć się z okresami tymczasowych „spadków”, a sztuką jest wypracowanie mechanizmów okiełznujących przykre emocje. 

Jak więc poskromić demony? Szczerze mówiąc… wiem/nie wiem. Wciąż uczę się panowania nad nieprzyjemnymi emocjami. Mam świadomość, że melancholia leży w ludzkiej naturze. W takich sytuacjach najlepiej posłać umysł na chwilowy urlop. Niech się napłacze, nawścieka, nawymyśla na cały świat. Tego typu oczyszczenie zwykle pozwala zrzucić nadmiar przytłaczających myśli (zwłaszcza gdy jest wspomagane rozrywką, ruchem albo kaloriami). Wszak, jeśli owa forma katharsis zawiedzie, pozostaje zagryźć zęby i działać pomimo łez kapiących na papier/klawiaturę 😉 Lepiej płakać w trakcie „przymusowego” pisania, niż w sytuacji poważnego zawalenia terminu i wynikających z tego nieprzyjemności. Teksty zawsze można poprawić, ale ważne, żeby w ogóle miały szansę się zmaterializować. Strategia „wyboru mniejszego zła” jest jedną z moich ulubionych i zwykle to ona daje najwymierniejsze efekty. 

pisanie

W sieci dystrakcji

Kolejna kwestia: rozpraszacze uwagi wszelkiej maści. Na odciągające od pracy wypadki losowe zwykle nie mamy wpływu, wszak odpalanie co jakiś czas Facebooka, Instagrama albo YouTube’a w trakcie pisania to typowa zmora wielu copywriterów (żeby tylko…). Nie zawsze jest to działanie pozbawione sensu: czasem można trafić na inspirację w „społecznościówkach”, które a nuż podsuną nowy pomysł, czym nadkruszą grubą warstwę blokady. Zwykle jednak działają na naszą niekorzyść i dodatkowo obarczają zbombardowany informacjami umysł. Taki nadmiar paradoksalnie potrafi zamknąć autonomiczny strumień twórczości. 

Jak więc sobie z tym radzić? Powrócić w wyobraźni do czasów analogowych. Zapewne większość z obecnie tworzących copywriterów jeszcze pamięta świat bez komputerów, a zwłaszcza bez internetu. Zaserwowanie sobie podróży wehikułem czasu powinno nie tylko zwiększyć produktywność, ale także rozruszać wyobraźnię! 😉 Osobiście bardzo cenię sobie wolność umysłu od potężnej wrzawy w sieci, w której – chcąc nie chcąc – muszę uczestniczyć. Dlatego w sytuacji braku dostępu do własnych myśli, niezbędnych w procesie pisania polecam chwilowe odcięcie się od wirtualnego świata. W ciszy, bez cudzych wpływów myślowych, łatwiej wyważyć drzwi do własnych kreatywnych mocy.

„Na tapczanie leży leń…”

Na koniec: lenistwo. Co tu dużo pisać! Ta zmora dotyka każdego z nas i każdy powinien znaleźć swój sposób na jej poskromienie. Tutaj również można zastosować strategię „wyboru mniejszego zła”. Czy obejrzenie kolejnego filmu przyczyni się do progresu zawodowego lub finalizacji zlecenia? Nie pomyślcie jednak, że jestem ascetką, która nakazuje pracę i walkę z blokadami 24/7! Mam na myśli przekraczanie ilości czasu wolnego, który u każdego powinien być indywidualnie dozowany. Nadużywanie tych zasobów rozleniwia i wbrew pozorom nadprogramowy relaks nie poluzuje ryz, w jakich trzyma nas blokada kreatywności. Ćwiczenie silnej woli i mobilizacji to zadanie na całe życie, jednak im częściej wykonywane, tym mniej męczące. A przede wszystkim przynoszące namacalne efekty!

Niechaj muzy Wam sprzyjają, a zmory nikną w obliczu twórczej witalności! Hojności (nie tylko) literackich, towarzysze 🙂

 

Dodaj komentarz

Close Menu